sobota, 7 lutego 2015

Prolog


Alex stała w drzwiach swojego pokoju. Już wszystko było gotowe. Tylko chciała jeszcze poczuć, że zaczyna coś nowego, a swoje dotychczasowe życie zostawia daleko za sobą. Uśmiechnęła się delikatnie. I wspominała. Patrzyła się przeważnie na tablicę korkową. Wisiały na niej zdjęcia jej i Harissona zrobione polaroidem. Dokładnie pamiętała tamten dzień. 

To było w styczniowy wieczór. Chcieli pójść pić szampana na dachu wieżowca, ale zaczął padać gęsty śnieg i ostatecznie żadne z nich nie miało ochoty wychodzić na dwór. Siedzieli więc w salonie, a w telewizji leciała jakaś mało inteligenta komedia. Isaac - starszy brat Alex - był u kolegi, aby się uczyć. Nagle Harisson zaproponował, żeby zrobili sobie sesję zdjęciową. Zmarnowali na to z jakąś połowę opakowania wkładów.

Zawiesiła wzrok na biletach na jej pierwszy wspólny koncert z Rocky. To było jeszcze w czasach licealnych i jej przyjaciółka mieszkała wtedy w Phoenix. Akurat Eminem wyjechał w trasę koncertową i gościł w Nowym Jorku. Rocky w wieku szesnastu lat kochała jego muzykę i Alex postanowiła jej zrobić niespodziankę i kupić bilety. Pamiętała, że świetnie się wtedy bawiły, choć żadna z nich nie zdołała się dostać do artysty po autograf.

W końcu przyjrzała się zdjęciom z Charlotte i Julią, które zrobiły sobie w budce. Żadna z nich nie miała jeszcze chłopaka i spotkały się na Walentynki robiąc rzeczy kompletnie spontaniczne. Dla uczczenia tego dnia Alex wparowała do budki po raz pierwszy w życiu. Zrobiły sobie chyba ze trzy partie zdjęć, ponieważ nikt nie wiedział gdzie trzeba patrzeć. Potem Julia napisała pod zdjęciami "Trzeba wydawać pieniądze, aby mieć pieniądze" czyli coś co usłyszały w filmie "Płytki Grób" obejrzanym poprzedniego wieczoru i co stało się ich walentynkową dewizą.

Westchnęła. Wiedziała, że to dokonała tego wyboru z własnej woli, ale perspektywa nie spotykania się ze swoimi przyjaciółmi przez przynajmniej kilka miesięcy nie była jakaś zachwycająca. Co prawda zdawała sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie wreszcie przeżyje największą przygodę swojego życia, czyli zrobi coś, o czym od zawsze marzyła. Zamrugała kilka razy oczami i podniosła obszerną torbę w kolorową kratkę z ziemi. W drugą ręką wzięła gruby zeszyt, poprzekładany wieloma świstkami papieru i obity w szary materiał z wysprejowanym napisem "Nowojorski Spleen". Miała w nim opis całej swojej podróży, którą właśnie rozpoczynała. Wyciągnęła z niego pierwszą kartkę. Był to ładnie zapisany ozdobny papier - pożegnalny list dla Isaaca. Weszła do jego pokoju. Choinkowe lampki zawieszone na szafie delikatnie oświetlały wnętrze. Na szafce nocnej położyła czekoladkę i kartkę. Musnęła go ustami w czoło na pożegnanie. Nie chciała go opuszczać. Chyba najbardziej żałowała rozstania z jej bratem. Obiecała sobie, że będzie do niego dzwonić codziennie. Tylko do niego.
W podskokach zbiegła z piętra i wyszła na dwór. Przed drzwiami już stała taksówka. Władowała swoją torbę do bagażnika i weszła do pojazdu.
- Gdzie mam cię zawieść? - zapytał się czarnoskóry kierowca. Odwrócił się do dziewczyny i posłał jej uśmiech.
- Oj, w wiele miejsc…To moja ostatnia noc w Nowym Jorku. Mam do załatwienia kilka spraw - powiedziała Alex.
- Żegnasz się z takim pięknym miastem? - zaśmiał się taksówkarz.
- Wrócę do niego w bliżej nieokreślonej przyszłości. To długa historia - odparła.
- Też bym wracał - mruknął i wskazał ręką na kolorowe światła miasta.
- No dobra… - Alex zrobiła krótką przerwę, aby spojrzeć na licencje z imieniem - … Joey. Zawieź mnie najpierw na… - otworzyła swój zeszyt i odczytała adres - Watson Avenue 1864 - oznajmiła ostatecznie.
- To na Bronksie? - kierowca szukał potwierdzenia wbijając adres w GPS. Dziewczyna skinęła głową w odpowiedzi. - Gdzie wyjeżdżasz? - zagadał Joey.
- Tu i ówdzie - mruknęła.
- Coś ty taka tajemnicza? - śmiał się taksówkarz.
- Uciekam z domu - wypaliła w końcu. Kierowca zaniósł się śmiechem.
- Uciekasz z domu? - powtórzył
- Dokładnie - potwierdziła niezbita z tropu.
- Przecież…- Kolejna salwa śmiechu - Rodzice ciebie zdenerwowali?
- Nie. Potrzebuję zmiany - Alex nawet się nie uśmiechnęła. Nie miała powodu, aby kłamać, ale również nie chciała opowiadać Joey'owi całej, ponad rocznej historii związanej z jej podróżą. Kierowca pokiwał głową i w milczeniu zmierzał na Bronks. Nie odzywał się dopóki nie dojechali w pobliże celu. Minęli właśnie Willy Steakhouse.
- Najpyszniejsze steki na całej dzielnicy - zagadał, gdy pasażerka jednak nie odpowiedziała podjął ponownie - Wychowywałem się na Castle Hill. Gdy zamykano nam boisko szkolne, to z kumplami włóczyliśmy się po okolicy i pamiętam jak raz zatrzymaliśmy się właśnie w Willy Steakhouse. Nie posiadaliśmy za dużo hajsu i ostatecznie udało nam się wydłubać tak jakoś na jednego steka. Gdy spróbowałem ten mały kawałek, bo się podzieliliśmy całością to myślałem, że jestem w niebie. Moja mamuśka nie gotowała najlepiej muszę przy… - Alex mu przerwała i oznajmiła, żeby się tutaj zatrzymał i poczekał, aż nie wróci. 

Podeszła do bramy. Jak zwykle jedyne zabezpieczenie jakie miała to zawieszona na górze psia obroża. Z łatwością ją zdjęła i przeszła. Wyciągnęła ze swojego notatnika zieloną kopertę z dużym napisem Harisson Barries i włożyła do niej kilka zwiędłych i zasuszonych czerwonych - już zżółkniętych - róż. Wsunęła to pod drzwi i wróciła do samochodu.

- Gdzie teraz? - wypalił Joey zanim jeszcze zdążyła zamknąć drzwi.
- Do Hoboken na Grand Street 1107 - odczytała adres z zeszytu.
- Aż do New Jersey? Boże dziewczyno…nie możesz mieć znajomych mieszkających na Manhattanie? - praktycznie wykrzyknął kierowca.
- Powinieneś się cieszyć…dużo zarobisz - odpowiedziała beznamiętnie i wyciągnęła komórkę. Wybrała numer do Julii. Była dokładnie 3.48. Po kilku sygnałach odezwała się poczta głosowa, dokładnie na co liczyła.
- O co w tym wszystkim chodzi? - ponownie rozpoczął rozowe taksówkarz.
- Zostawiam moim znajomym znaki o tym, że uciekłam
- Nie mogłaś po prostu im powiedzieć?
- Wtedy straciłoby to całe znaczenie…
- Nie rozumiem - pokręcił głową z dezaprobatą.
- Mówiłam, że to zbyt skomplikowane - zaśmiała się triumfalnie. Afroamerykanin tylko prychnął.

Gdy przejechali przez most prowadzący do Hoboken Joey zaczął swój wywód o tym, że nie cierpi New Jersey i nie rozumie jak ludzie mogą tutaj mieszkać. W końcu zatrzymał się przed blokiem na Grand Street, a dziewczyna wysiadła z pojazdu. 

Tym razem miała ze sobą tylko foliową torebkę z trzema pawimi piórami i jakąś buddyjską instrukcję dążenia do szczęścia. Zadzwoniła pod losowy numer i usłyszała jakiś skrzeczący, zaspany głos.
- Zgubiłam klucze. Mieszkam pod panem jestem Charlotte Rockteer - odezwała się słodkim głośnikiem.
- Niech was wszystkich diabli porwą - usłyszała w odpowiedzi i pchnęła drzwi. Odetchnęła z ulgą. Wejście do bloku było najtrudniejszą częścią całego planu. To, że przeczytała "Śniadanie u Tiffaniego" nie znaczy, że ma załatwiony dostęp do każdego blokowiska w Nowym Jorku. Tej nocy miała prawdziwe szczęście. Gdy doszła na trzecie piętro wsunęła torebkę pod drzwi przyjaciółki i zbiegła przeskakując po dwa schodki. Usiadła w taksówce.

- Jak teraz mi powiesz, że mam się wracać na Bronks to ciebie zatłukę - powiedział Joey.
- Spokojnie…tylko na 85'tą Ulicę 1227 na Brooklynie - uśmiechnęła się pod nosem Alex.
- Zapamiętać nigdy nie brać młodych, niebieskowłosych dziewczyn w środku nocy z Manhattanu jeśli są całkiem trzeźwe - mruknął i wbił adres w nawigację.
- Na pewno nie jestem najdziwniejszą osobą, którą wiozłeś - odpowiedziała dziewczyna wertując kartki swojego notesu.
- Nie biorąc pod uwagę tych po przynajmniej kilku głębszych to zdecydowanie - odpowiedział taksówkarz ponuro, jednak po jego twarzy było widać, że jest zachwycony tym, że Alex wreszcie do niego zagadała.
- Musisz pracować w tej branży naprawdę krótko - zaśmiała się.
- Ej…pracuję tu kilka dobrych lat - obruszył się.
- Zawsze na nocnej zmianie? - Alex podtrzymywała rozmowę, jednak nie była zbytnio nią przejęta i przeważnie patrzyła się na mijane, oświetlone budynki.
- Od roku - odpowiedział - A ty co robisz? Oprócz uciekania z domu.
- Studiowałam literaturę anglosaską - wyznała. Taksówkarz zaśmiał się.
- Dużo wyjaśnia. Pewnie naczytała się jakiś bzdur o buntownikach.
- Przynajmniej, jak nie mogę spać w nocy, to mam co robić.
- Też się uczę. Chodzę do szkoły kulinarnej. - Tym razem to Alex wybuchnęła śmiechem.
- I nabijasz się z literatury anglosaskiej?
- Ostatnia książka jaką przeczytałem to Przygody Tomka Sawyera w podstawówce.
- Musiały być okropne.
- Nie czytałaś? Za oceanem nie macie tego w spisie lektur?
- Chyba coś było, ale ja nie czytałam lektur jeśli, mnie nie zainteresowały.
- I dlatego poszłaś na literaturę…Ma sens.
- Chciałam poznać głębiej ten kierunek, bo wiedziałam, że powstało naprawdę wiele dobrych książek i nie wszystkie opierały się na przygodach dziwnych chłopców.
- Nie wiem dlaczego, ale nie brzmi to zbyt wiarygodnie w ustach kogoś kto przed ucieczką z domu zostawia w całym mieście wskazówki gdzie go szukać.
- Też nie wiem. W ogóle nie widzę związku - uśmiechnęła się dziewczyna. I pozwoliła rozkoszować się sobie widokami zza okna do końca drogi na Brooklyn.

Ostatecznie, gdy Joey zaparkował pod domem, Alex wyciągnęła kartkę wyrwaną z książki i włożoną do zielonej koperty z podpisem Rocky. Tym razem jednak wrzuciła ją bezpośredni do pokoju koleżanki przez lekko uchylone okno na parterze. Rocky jako jedyna nadal mieszkała z mamą, więc Alex się bała, że pani Stanski z ciekawości odczyta wiadomość i zrobi z tego wielką aferę. Byłoby to kompletnie niepożądane i mogłoby zepsuć cały misternie ułożony plan.

Gdy Alex wróciła do taksówki, Joey się zapytał gdzie teraz i zaklął, żeby nie kazała mu wyjeżdżać poza miasto. Dziewczyna odparła, że wystarczy na Dworzec Centralny. Kierowca podgłośnił muzykę w radiu i akurat leciał Hotel California w wykonaniu Gypsy Kings, zaczął, więc bębnić palcami w rytm muzyki. 
Por el camino del desierto, El viento me despeina, Sube el aroma de coligaLuna, luna de nadie, Ella a lo lejos, Una luz centella - śpiewał. Po chwili znów podjął się rozmowy: 
- Mówisz po hiszpańsku? - zapytał 
- Nie, tylko po francusku - odparła Alex, chowając notes do torby. 
- Ja mówię. Znaczy się uczyłem. Głównie z piosenek Gypsy Kings. 
- Słychać - przyznała nie przejęta dziewczyna 
- Dlaczego jesteś taka obojętna? - poruszył się chłopak. 
- Dlaczego powinnam się przejmować historią jakiegoś pana - Spojarzała na licencję -  Gradera, który wozi mnie po mieście? 
- Może właśnie dlatego, że ciebie wozi po mieście w środku nocy? 
- A może nie ponieważ, to tylko taksówkarz,a ja zaraz wyjeżdżam? 
- Może byśmy przestali odpowiadać pytaniem na pytanie? 
- A może jednak nie? - spytała ironicznie Alex i się zaśmiała. Joey jednak nie odezwał się już dopóki nie dojechali na dworzec. 

- I jeszcze jedno - zaczęła dziewczyna. 
- Hm? - mruknął afroamerykanin i odwrócił się do pasażerki. 
- Jakby ktoś się ciebie pytał to wiozłeś dziś cztery osoby. Każdą do innej dzielnicy. Każdy z nich był lekko podpitym meksykaninem - wypaliła Alex i wcisnęła do dłoni kierowcy banknot za spełnienie jej prośby. Joey tylko podał należną kwotę, a dziewczyna mu dała nawet z napiwkiem. 
- Miłej podróży panie Estrella - zawołał gdy zamykała drzwi. Alex uśmiechnęła się i zarzuciła na ramię kraciastą torbę podróżną.

Lubiła jeździć pociągami. Siedziała w pustym przedziale w nocnym pociągu. Na peronie oprócz niej widziała jeszcze tylko kilku mężczyzn w garniturach i jakieś dwie zaspane dziewczyny z kubkami ze Starbucksa. Wybrała najwcześniejszy pociąg, aby załatwić wszystko w nocy i wyjechać przed świtem. Pociągnęła łyk soku pomarańczowego z kartonu i ułożyła się na łóżku. Patrzyła na Manhattan i czuła, że odjeżdża. Wiedziała, że będzie tęsknić za tym miastem.  Ale przed nią było jeszcze wiele innych, wspaniałych, artystycznych, przepięknych miast, które tylko czekały, aż Alexandra McDavies wkroczy do nich z Nowojorskim Spleen'em w ręce i zostawi kolejną porcję wskazówek. A miasto-które-nigdy-nie-śpi, będzie czekać na nią najbardziej. 



4 komentarze:

  1. Więc ja zacznę pierwsza. Ten Prolog strasznie mnie wciągnął, muzyka świetnie dopasowana i zaczyna się kojarzyć z tą historią. Czekam na rozdziały z zapartym tchem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję, dziękuję. Oczywiście normalne rozdziały będą znacznie różnić się od prologu, również przez to, że w końcu chodzi o szukanie Alex, ale mam nadzieję, że Ciebie nie zawiodę. Dobra wiadomość jest taka, że jak dam radę to do końca przyszłego tygodnia nie widzę przeciwskazań, aby się pokazał rozdział

      Usuń
  2. CHOLERA, JEFF! Tak mi cholernie przykro! Zapomniałam! Zapomniałam skomentować! Ale przeczytać, przeczytałam jak tylko pojawił się prolog. Naprawdę nic nie mam na swoje usprawiedliwienie. A teraz jak siedzę z młodszymi braćmi, słuchając Def Leppard wbijam do Ciebie i zabieram się za komentarz. Jeszcze raz wybacz. Wgl świetne i oryginalne rozpoczecie! Sam zamysł też innowacyjny! Te wskazówki… No, potrafisz zaciekawić ;D Do bohaterów w sumie nie zaglądałam i może kiedyś tam luknę. Wolę jak sami tworzą mi się w głowie ;) Taki anarchista ze mnie no ale co zrobisz? Nic nie zrobisz, bo Perry rządzi się własnymi prawami. I tego nie zmienisz. Heh no, to zaczynamy. Od razu widać, że Alex to skomplikowana osóbka, ale za to ma pełno przyjaciół. Może nie znowu pełno, ale zdecydowanie kilku i to bardzo dobrych. Wgl ta cała rozmowa z taksówkarzem. Ja… Oni to zawsze zagadują, a potem sami gadają przez pół godziny, a i tak nikt ich nie słucha xD ‘Kiedyś… Kiedyś było inaczej’ to chyba ich standardowy tekst hah Ej! Ale strasznie mi się spodobały własnie te wskazówki. Naprawdę znowu się powtarzam, ale to jest oryginalny Prolog. Zobaczymy jak rozwiną się te sprawy dalej. Wybacz, że kończę ten denny komentarz, ale nie mam pojęcia, co tu jeszcze napisać. Resztę będę komentować zaraz przy czytaniu posta, bo tak uciekają wszystkie myśli.

    OdpowiedzUsuń
  3. Podoba mi się. Czekam na cześć kolejną.

    OdpowiedzUsuń

Layout by Tyler